Na zabytkowej śluzie Brdyujście w Bydgoszczy 24 października 2019 r. odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika marynarzy śródlądowych Oddziału Wydzielonego "Wisła". Flotylla wiślana walczyła w wojnie obronnej w 1939 r.

Tablicę upamiętniającą Oddziału Wydzielonego „Wisła” w asyście Wojska Polskiego odsłonił wnuk kmdr. por. Romana Kanafoyskiego, Roman Kanafoyski oraz Kontradmirał Mirosław Jurkowlaniec. Uroczość uświetnił koncert orkiestry wojskowej z Bydgoszczy.

Zastępca Dyrektora Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gdańsku w Wodach Polskich Andrzej Winiarski pogratulował inicjatorom budowy pomnika. „Cieszymy się, że w pobliżu śluzy, którą zarządzają Wody Polskie zostali upamiętnieni bohaterscy marynarze. Wody Polskie wspierają tego rodzaju inicjatywy” – powiedział dyrektor Andrzej Wiśniewski.

W związku z uroczystością zapraszamy do lektury dwuczęściowego artykułu o polskich flotyllach rzecznych.

 

CZĘŚĆ I. Flotylle rzeczne w walce o niepodległość Polski 1918-1920.


W listopadzie 1918 roku po 123 latach niewoli na mapę Europy powróciła niepodległa Polska. Odrodzone państwo stanęło przed poważnym wyzwaniem. Przywódcy Rzeczpospolitej musieli scalić zróżnicowane ziemie, odzyskane po rozpadzie państw zaborczych. Przede wszystkim należało jednak obronić świeżo odzyskaną niepodległość, gdyż ościenne mocarstwa, dotknięte klęską w Wielkiej Wojnie, z dezaprobatą spoglądały na nowo powstające państwo polskie. Silna armia musiała być fundamentem powstającej Polski. Dotyczyło to także obrony polskich wód.

28 listopada, w kilkanaście dni po przybyciu do Warszawy, naczelnik państwa Józef Piłsudski wydał rozkaz o utworzeniu Polskiej Marynarki Wojennej. Z racji, że Polska nie miała wtedy jeszcze dostępu do dużych portów morskich, a także nie posiadała floty pełnomorskiej, cała uwaga polityków i wojskowych skoncentrowała się na rozwoju bojowej żeglugi śródlądowej. Organizacją polskiej floty zajął się nowo mianowany dowódca marynarki pułkownik Bogumił Nowotny. Wybór był przemyślany. Pochodzący z Wieliczki oficer zdobył wieloletnie doświadczenie służąc w siłach morskich Austro-Węgier. Zadanie nie należało jednak do najłatwiejszych. W większości, jednostki porzucone przez Niemców i Austriaków pozostawiały wiele do życzenia. Często były to cywilne statki przerobione na potrzeby wojskowe.

Pierwszym portem wojennym odrodzonej Rzeczpospolitej została Twierdza Modlin, przejęta 30 listopada. W Modlinie załogi mogły odbywać ćwiczenia, a także mieć względnie dobre warunki kwaterunkowe. Także położenie bazy miało strategiczne znaczenia. Z ujścia Narwi i Bugu można było kontrolować żeglugę na pobliskiej Wiśle, a także zaopatrywać oddziały wojskowe oraz ludność cywilną w potrzebne towary, a szczególnie w niezbędną w zrujnowanym wojną kraju żywność, dostarczaną przez Stany Zjednoczone Ameryki.   Problem stwarzały też kwestie kadrowe. Po pierwsze nową flotę tworzyli marynarze z trzech różnych państw zaborczych. Oficerowie z zaboru rosyjskiego stanowili 72% stanu, z zaboru austriackiego 22%, najmniej z niemieckiego, tylko 6%. Wielu marynarzy rekrutowało się także z wojsk lądowych. Komplikowało to komunikację, gdyż wojskowi byli przyzwyczajeni do innych nazw i procedur. Kolejną kwestią były trudne warunki bytowe na okrętach. Marynarze protestowali, a czasem nawet buntowali się lub dezerterowali szukając szczęścia w kawalerii lub artylerii, gdyż ich sytuacja, w porównaniu ze służbą w armiach zaborczych, pogorszyła się. Mimo wszystko, znalazła się liczna grupa zdeterminowanych żołnierzy, często pokoleniowo związanych z pracą na wodzie, którzy postanowili zostać i tworzyć Marynarkę Wojenną. Dowództwo szczególnie poważało tych weteranów, mając w pamięci ich doświadczenie operacyjne, znajomość szlaków żeglugowych, odwagę i miłość do odrodzonej ojczyzny. Dzięki temu możliwe było obsadzenie załogami statków przejętych w Warszawie, Modlinie, Krakowie i Sandomierzu. 

23 grudnia z całego posiadanego sprzętu i załóg utworzono Wojenną Flotyllę Wiślaną. Początkowo jej zadania ograniczały się do patrolowania Wisły, szkolenia załóg i transportowania towarów. Wbrew pozorom nie była to prosta misja. Marynarze musieli mieć się na baczności, gdyż kształtujące się państwo, miało trudne stosunki z sąsiadami. Gdy w listopadzie 1919 roku „Różycki” przez pomyłkę przekroczył linię demarkacyjną z Niemcami na Wiśle, został natychmiast ostrzelany. Niemcy uszkodzili statek, a następnie go zarekwirowali. Rok później marynarze wzięli udział w zaślubinach Polski z morzem. Jednak prawdziwy chrzest bojowy polscy wodniacy mieli przejść dopiero na Wschodzie.

 

Flota ze składaków

W połowie lutego 1919 roku rozpoczęła się wojna Polski z Rosją Sowiecką. 5 marca, w celu zabezpieczenia Brześcia nad Bugiem, polska armia zdobyła tak zwany Półwysep Piński, leżący wśród bagien między Piną, a Jasiołdą. Był to czas wiosennych roztopów. Okolica wyglądała jak morze poprzecinane nielicznymi wioskami na piaszczystych wzgórzach. Mokradła znacznie utrudniały komunikację. Generał Antoni Listowski znalazł się w trudnym położeniu, gdyż warunki pogodowo-terenowe uniemożliwiały zaopatrywanie części jego oddziałów stacjonujących na południe od Pińska. Dowództwo stanęło przed poważnym wyzwaniem. Jedynym dobrym rozwiązaniem wydawało się przystosowanie rozległych akwenów rzecznych do potrzeb operacyjnych armii, tak aby wojsko mogło  otrzymywać dostawy, zachować łączność i szpiegować bolszewików. Jednak generał Listowski nie posiadał ani potrzebnego sprzętu, ani wyszkolonych załóg. Na szczęście pewnego wiosennego dnia w sztabie zjawił się młody oficer, który miał pomysł na rozwiązanie palącego problemu.

19 kwietnia, porucznik marynarki w rezerwie, Jan Giedroyć zgłosił się do generała Listowskiego z prośbą o przyjęcie do wojska. Jednocześnie zaproponował by z kilku motorówek porzuconych w Pińsku przez wracających do kraju Niemców stworzyć flotyllę rzeczną. Plan tak bardzo spodobał się głównodowodzącemu tzw. Grupy Podlaskiej, że porucznik nie tylko został przyjęty, ale od razu został dowódcą Flotylli Pińskiej. Przed młodym oficerem stanęło poważne zadanie. Miał tylko kilka zniszczonych kadłubów, żadnej załogi, a silniki ukryła miejscowa ludność. Porucznik Giedroyć poważnie potraktował swoją misję. Wkrótce odzyskał motory, z jednego pułku ściągnął byłego marynarza, a resztę załogi kompletował z pracowników cywilnych. Już po miesiącu udało się uruchomić pierwszą motorówkę. Z kolei 24 maja nowo utworzony Departament Spraw Morskich, mając na uwadze strategiczne znaczenie Polesia, oddelegował do flotylli podporucznika Karola Taubego i 12 marynarzy.

Dzięki otrzymanemu wsparciu udało się obsadzić i uzbroić w cztery karabiny maszynowe i działko 37mm trzy łodzie motorowe: „Nr III”, „Nr IV” i „Nr VI”. Flotylla Pińska rozpoczęła działania. Najpierw zajęła się transportem i rozpoznaniem, jednak gdy poziom wód opadł i komunikacja kołowa znów stała się możliwa, flotylla ruszyła do walki. 25 maja pierwszy raz zetknęła się z Sowietami pod Mostami Wolańskimi, jednak prawdziwy chrzest bojowy miał dopiero nadejść.

 

Pierwsza walka polskiej floty po setkach lat

Łuniniec był niewielkim miastem leżącym pośród bagien. Miał jednak olbrzymie znaczenie. Była to brama do Polesia, niezwykle ważny węzeł kolejowy. Kto kontrolował Łuniniec, kontrolował Polesie. Polacy trzykrotnie próbowali zdobyć miejscowość, ale nieskutecznie. Bolszewicy silnie okopali się na pozycjach. Tym razem w ataku miało wziąć udział nowo utworzona polska flota.

Plan był śmiały. Piechota wspierana przez dwa pociągi pancerne miała zdobyć most kolejowy na Jasiołdzie. W tym czasie polskie motorówki miały wysadzić desant w pobliskich Horodyszczach, położonych na półwyspie między Jasiołdą a jeziorem Horodyszcze, i obejść zaskoczonych obrońców. Wieczorem 2 lipca motorówki porucznika Giedroycia wpłynęły do wsi Wysokie, gdzie nawiązały łączność z grupą pułkownika Grabowskiego, mającą zaatakować dworzec w Zajezierzu, i wzięły na pokład pluton piechoty. Gdy zapadły ciemności, flotylla w ciszy odbiła od brzegu i dotarła w pobliże Jasiołdy. Tutaj czekała na sygnał do walki.

Rankiem, 3 lipca, polska kanonada spadła na Zajezierze. Motorówki ruszyły w szyku, jedna za drugą, osłonięte rzednącą mgłą. Wkrótce niezauważone wyszły na Jasiołdę, kryjąc się w cieniu przybrzeżnej skarpy. Oczom żołnierzy ukazał się stojący na wzgórzu horodyski kościoł. Cel był blisko. Rzeka przy brzegach robiła się płytka i bagnista, dlatego flotylla kierowała się środkiem nurtu. Tymczasem słońce wzeszło i motorówki były doskonale widoczne. Nad wodą jednak panowała cisza. Sowieci dostrzegli polskie jednostki zbyt późno. Około 200 metrów od brzegu Rosjanie otworzyli huraganowy ogień. Flotylla natychmiast przyspieszyła, zygzakiem zbliżając się do Horodyszcza. Bolszewicy byli dobrze uzbrojeni i okopani na wysokiej skarpie, lecz nie potrafili wyrządzić żadnych szkód atakującym. Szybki manewr Polaków kompletnie ich zaskoczył. Płynąca z przodu motorówka „Nr VI” skręciła w prawo i zaatakowała wieś od strony Jasiołdy. Dołączył do niej też „Nr III”. Pozwoliło to odwrócić uwagę od „Nr IV”, który ruszył na północ, na środek jeziora, by wysadzić desant pod skarpą na której stał kościół.

W końcu udało się wysadzić desant, jednak właśnie „Nr VI” znalazł się w niebezpieczeństwie. Motorówka zaplątała się w pordzewiałe zasieki drutu kolczastego. Na dryfującej łodzi skoncentrował się ogień przeciwnika. Wtedy marynarz Augustyn zdobył się na heroiczny czyn. Porwał z podstawy ciężki karabin maszynowy, wyskoczył z motorówki i przebrnąwszy płyciznę, zaczął ostrzeliwać Sowietów. Tafla wody raz po raz przecinały przelatujące pociski. Na ratunek ruszyła reszta flotylli. Augustyn cudem przeżył, osłonięty przez zarośla i przyjacielski ogień. Także „Nr VI” został oswobodzony przez dwóch marynarzy, którzy przecięli drut. Rychło w czas, od strony skarpy nadeszła piechota. Rosjanie wzięci w dwa ognie zaczęli się cofać. Polskie oddziały wkroczyły do wsi, gdzie wzięły wielu jeńców, a wśród nich komisarza politycznego, który próbował ukryć się w oborze.

Odważny plan zakończył się pełnym sukcesem. Most na Jasiołdzie został zdobyty, podobnie jak dworzec w Zajezierzu. Droga do Łunińca stała otworem, a 3 lipca, dzień chrztu bojowego i wielkiego zwycięstwa polskiej marynarki, był później uroczyście obchodzony jako święto Flotylli Rzecznej.

 

Stopniowy rozwój

Po zdobyciu Łuninca front na Polesiu oparł się na rzekach Horyń i Śmierć. Działania polskiej floty ograniczyły się głównie do zwiadu i wypadów na teren przeciwnika, gdyż Sowieci mieli olbrzymią przewagę nad dopiero formującą się Flotyllą Pińską. Rosyjska Flotylla Prypecka z Mozyrza miała trzy dobrze uzbrojone kanonierki – potężnego „Mukomoła” wyposażonego w dwa działa 120mm i pięć karabinów maszynowych oraz „Traktomirowa” i „Burzyna” z dwoma działami 75mm i czterema karabinami maszynowymi na pokładzie, a także wiele mniejszych jednostek. Polacy nie mogli stanąć do walnej bitwy. Koniecznością stała się rozbudowa flotylli.

W Pińsku wyremontowano kolejne trzy motorówki. Do miejscowego portu przyszedł także transport motorówek, choć wymagały one remontu. Istniał też problem z uzbrojeniem, było niewiele działek, toteż jednostki były uzbrojone głównie w karabiny maszynowe. Departament Spraw Morskich uznał, że wobec zagrożenia ze strony Rosji Sowieckiej, należy przesunąć część sił Flotylli Wiślanej na front wschodni oraz zakupić rzeczne okręty wojenne za granicą. Przebazowanie floty nie było prostym zadaniem. Co prawda istniał szlak wodny przez Bug, Dmuchawiec i Kanał Królewski, lecz koryta tych rzek i kanałów przez działania wojenne i brak konserwacji były w kiepskim stanie. W czerwcu 1919 roku do Pińska popłynął statek uzbrojony ORP „Bug”. Rejs trwał niemal trzy tygodnie, w trakcie których trzeba było rozmontować aż 11 mostów uniemożliwiających podróż. Jednak „Bug” zawiódł nadzieje polskich wojsk na Polesiu, gdyż nie przywiózł obiecanych dział, a sam miał zbyt małą siłę ognia, by sprawdzić się w warunkach bojowych. W związku z tym skierowano go do zadań transportowych. Z kolei „Warta” i „Różycki” wysłane w sierpniu nie zdołały się przebić. Upalne lato spowodowało niski stan wody, więc statki musiały zawrócić do Modlina. Mimo wszystko, z twierdzy modlińskiej do Pińska dalej wysyłano uzupełnienia – personel, sprzęt i uzbrojenie.

Nieustraszona, choć niewielka, flotylla pińska odnosiła kolejne sukcesy. 17 września polskie wojsko zaatakowało Petryków koło Mozyrza. Miejscowości broniło około 500 piechurów i trzy statki: „Traktomirow”, „Burzyn” i transportowiec „Struja”. Pierwsze do ataku ruszyły oddziały porucznika Galińskiego. Dzień był mglisty, polskie motorówki pozostały niezauważone, dlatego Sowieci skoncentrowali całą uwagę na polskiej piechocie. Kiedy rosyjskie kanonierki ostrzeliwały żołnierzy na brzegu, nagle z gęstej mgły wyłoniły się dwie łodzie motorowe, atakując śmiało nieprzyjacielskie okręty. Atak małych, zwinnych jednostek kompletnie zaskoczył Sowietów. Mimo dużej przewagi ogniowej, kanonierki  zostały uszkodzone i musiały się wycofać. W tym czasie rosyjska obrona zmiękła i żołnierze rzucili się do ucieczki. Jednak droga odwrotu była odcięta. „Traktomirow” i „Burzyn” były już daleko, a „Struję”, w ataku na bagnety, zajęli polscy piechurzy. Po bitwie, transportowiec trafił do flotylli pińskiej jako „ORP Strumień”. W tym czasie, flotylla została też zasilona baterią czterech górskich dział 75mm, które wzięły udział w zwycięskich potyczkach na przełomie października i listopada.

Wraz z nastaniem zimy nastąpiła przerwa w działaniach wojennych. Wykorzystano ją niezwykle energicznie. W Pińsku powstała komenda portu wojennego, rozbudowywano infrastrukturę, rozpoczęto remonty oraz dozbrajanie łodzi i uruchomiono specjalistyczne szkolenia na marynarzy. Trwały intensywne przygotowania do wiosennej kampanii.

 

Chwalebny szlak prypecki

Na początku marca 1920 roku Polacy podjęli działania zaczepne. Wielkim sukcesem było zdobycie Mozyrza z wielkim portem rzecznym i stocznią oraz przystani w Barbarowie, Juriewiczach i Narowli. Sowieci byli na tyle lekkomyślni, że pozostawili wszystkie swoje okręty na zimowisku w pobliżu linii frontu. Dzięki temu Polacy przejęli dwie kanonierki (w tym „Trachtomirowa” przemianowanego na „Pancerny 1”), 23 statki transportowe, 10 motorówek, 53 barki i wiele mniejszych jednostek pływających. Łup wielokrotnie przewyższał liczebnością i tonażem dotychczasowy stan polskiej floty, dlatego do służby oddelegowany dodatkowy personel. Na wiosnę 1920 roku, u progu nowej kampanii, Flotylla Pińska liczyła 24 oficerów i 350 marynarzy. W związku z rozwojem ugrupowania, dowództwo przekazano majorowi Edwardowi Sadowskiemu. Większe polskie jednostki wyposażono w działa 75mm i ciężkie karabiny maszynowe. Mimo to, nadal ustępowały siłą ognią rosyjskim okrętom, które posiadały armaty 120 i 130mm. Zdobyczne polskie statki pierwszy raz wzięły udział w boju 13 kwietnia pod Łomaczami, gdzie w krwawej walce Polakom udało się wysadzić desant i wyprzeć bolszewików.

Z końcem kwietnia ruszyła polska ofensywa na Ukrainę. Nowym zadaniem Flotylli Pińskiej było pełne opanowanie rzeki Prypeć i wyjście na Dniepr, w celu wspierania sił lądowych. Nie była to prosta misja, gdyż sowiecka Flota Dnieprzańska posiadała dużą przewagę, zarówno w sprzęcie jak i uzbrojeniu. W związku z tym, jedyną możliwą taktyką była próba wciągnięcia nieprzyjaciela w zasadzkę. W księżycową noc z 24 na 25 kwietnia doszło do walk pod Koszarówką, gdzie polskie motorówki osiadły na mieliźnie, a od zagłady uratował je celny strzał armaty 75mm w komin wrogiego okrętu. Bolszewicy, naciskani przez polską piechotę, wycofali się, ratując uszkodzony statek. Nie zdążyli jednak, ku uciesze atakujących, ewakuować łodzi desantowych. Wkrótce do wsi przybył „Pancerny 1” wraz z resztą okrętów. Niebawem miało dojść do największej bitwy na rzece w historii Flotylli Pińskiej.

Flotylla Pińska miała atakować wraz z piechotą wzdłuż Prypeci, by definitywnie wyprzeć Sowietów z tego obszaru. „Pancerny 1” wraz z motorową łodzią pancerną „MP1” i trzema innymi motorówkami opuścił Koszarówkę 26 kwietnia wieczorem i udał się w stronę Lelowa. W nocy nawiązano kontakt bojowy z przeciwnikiem. Motorówki cofnęły się jednak bolszewicy nie podjęli pościgu. Wczesnym rankiem 27 kwietnia polska flota czekała na umówiony sygnał do ataku. Ten jednak nie nadszedł. Porucznik Mohuczy słysząc odgłosy walki, postanowił nie czekać dalej i ruszył w dół rzeki. Wkrótce napotkano pięć nieprzyjacielskich okrętów. Wywiązała się kanonada. Dwie wrogie jednostki zostały uszkodzone, Sowieci cofnęli się. Po oswobodzeniu Lelowa, polska flota skierowała się na Czarnobyl, gdzie natarcie szykowała już piechota, oskrzydlając Rosjan w mieście. Portu broniło dwanaście jednostek Flotylli Dnieprzańskiej, jednak część była zajęta ewakuacją rannych, taboru rzecznego i magazynów. Nagły atak polskich wojsk lądowych zaskoczył Rosjan, którzy rzucili się do chaotycznego odwrotu. Widząc nieład w szeregach przeciwnika, porucznik Mohuczy ruszyły w pościg.

Bolszewicki zespół okrętów cofnął się na szerokie zakole Prypeci, dzięki czemu ich potężne kanonierki mogły swobodnie manewrować i prowadzić skuteczny ostrzał. Sowieci posiadali przewagę ogniową. „Gubitielnyj”,„Mołodeckij”, „Mudryj” i „Gierojskij” miały po dwie armaty 76mm i cztery ciężkie karabiny maszynowe. Przewodził im „Mstitielnyj” wyposażony w dwa potężne działa 130mm i cztery c.k.m. Polacy mogli przeciwstawić tej sile jedynie trzy działa 75mm i karabiny maszynowe. Ponadto artyleria sowiecka była dostosowana do bitew morskich, polscy marynarze mieli zwykłe armaty polowe. Bolszewicy mieli też tym razem lepsze warunki terenowe, ukryci przy wysokim brzegu, doskonale widzieli przeciwległy odcinek rzeki.

Na początku kilku polskich marynarzy wyszło na brzeg, gdzie w kępie wysokich sosen utworzyli punkt obserwacyjny. Rosjanie otworzyli ogień pierwsi, jednak niecelnie. Kanonada trwała dwie godziny, wokół „Pancernego 1” raz po raz wybuchały pociski, jednak zdołał trafić w „Gubitielnego”. Eksplozja amunicji sprawiła, że kanonierka z olbrzymim hukiem poszedł na dno. Pozostałe sowieckie okręty widząc zagładę „Gubitielnego” wycofały się, dalej strzelając. „Pancerny 1” ucierpiał nieco od wstrząsów wywołanych ostrzałem, jednak puścił się w pościg. Tym razem obserwację nieprzyjaciela prowadzono z naprędce skleconego stanowiska na kominie kanonierki. Walka rozgorzała na nowo. „Mudryj” i „Mołodeckij” zostały trafione i wzięte na hol przez pozostałe jednostki. Porucznik Mohuczy nie ścigał przeciwnika, gdyż kadłub „Pancernego 1” mocno przeciekał. Przed południem, po dwunastu godzinach walki, bitwa dobiegła końca. Polska marynarka osiągnęła olbrzymi sukces. Nie tylko pokonano liczniejsze siły sowieckie bez większych strat własnych, ale też wyparto sowiecką flotyllę na Dniepr.  Zdobyto też miasto Czarnobyl z portem i warsztatami, a w ręce Polaków wpadło łącznie sześć statków, sześć pogłębiarek i trzy łodzie motorowe. W kolejnych dniach flotylla Pińska patrolowała ujścia Prypeci, odpierając wypady bolszewików oraz trałowała rzekę z min, dzięki czemu otworzono drogę wodną w kierunku Kijowa, dostarczając zaopatrzenie nacierających siłom lądowym. Odważna postawa marynarzy pod Czarnobylem pomogła zdobyć wojskom polsko-ukraińskim Kijów 7 maja, a Flotylla Pińska uzyskała dostęp do Dniepru.

 

Wielki sukces i wielka strata

Marynarze Flotylli Pińskiej wzięli udział w uroczystej defiladzie w zdobytym Kijowie. Było co świętować. Uzyskano kontrolę nad środkowym odcinkiem Dniepru, a w lokalnych portach zdobyto około dwadzieścia statków, trzydzieści motorówek i wiele mniejszych jednostek. Uruchomiono żeglugę śródlądową, dzięki czemu można było dostarczać zaopatrzenie rzeką. Ze zdobytych statków utworzono Flotyllę Kijowską, którą jednak podporządkowano operacyjnie Flotylli Pińskiej. Niestety Polacy nie cieszyli się długo z odniesionych sukcesów. W tym samym miesiącu ruszyła wielka rosyjska ofensywa na całym froncie. Polskie okręty próbowały zatrzymać natarcie przez Dniepr jednak bolszewicy rzucili do ataku ogromne siły. Statki wycofano do Kijowa.

Wobec przełamania frontu zapadła decyzja o opuszczeniu Kijowa. Co gorsza, 7 czerwca bolszewicy zajęli ujście Prypeci, odcinając drogę odwrotu polskiej flocie. Nie mając wyjścia, wysadzono okręty, w tym dumę flotylli „Pancernego 1”, a marynarze przebijali się okrężną drogą do Mozyrza. Nocą z 16 na 17 czerwca rozpoczął się odwrót wojsk polskich z Ukrainy. Tego dnia utracono Czarnobyl, a jednostki Flotylli Dnieprzańskiej wpłynęły na Prypeć, nie napotykając silniejszego oporu. Polacy podjęli próbę organizacji flotylli od nowa, jednak 4 lipca ruszyła ofensywa marszałka Tuchaczewskiego na Warszawę, a siły polskie na Polesiu otrzymały rozkaz odwrotu na linię Bugu. Przez niski stan wód ewakuacja floty była niemożliwa, więc zniszczono większość sprzętu. Pińsk padł 27 lipca, a Flotyllę Pińską rozwiązano  2 sierpnia. Mimo utraty okrętów na Polesiu, doświadczeni marynarze kontynuowali walkę w obronie ojczyzny we Flotylli Wiślanej i Pierwszym Pułku Morskim.

 

Wisła ostatnią linią niepodległości

Sytuacja na froncie na przełomie lipca i sierpnia 1920 roku była dramatyczna. Bolszewickie armie parły naprzód zbliżając się do linii Wisły. Rzeka nie była przygotowana do obrony, gdyż jeszcze do niedawna całą uwagę koncentrowano na Prypeci i Dnieprze. Po Wiśle pływało zaledwie klika okrętów i motorówek. Wobec realnego zagrożenia, natychmiast rozpoczęto rekwirowanie wszystkich jednostek pływających nadających się do przerobienia na cele wojskowe. Statki pospiesznie uzbrajano i opancerzano. Do służby wcielano także załogi cywilnych statków, gdyż lepiej orientowały się w szybkim i niebezpiecznym nurcie Wisły, od marynarzy z Pińska przyzwyczajonych do płytkich i powolnych wód Polesia. W gdańskiej stoczni powstawały cztery monitory, czyli pancerniki rzeczne, jednak komunizujący stoczniowcy opóźniali dostawę okrętów do Polski.

Polskie armie szykowały się do wielkiego kontrnatarcia znad Wieprza, jednak żeby ofensywa miała większe szanse powodzenia, oddziały na północy musiały utrzymać linię Wisły. Kluczową sprawą stała się obrona Warszawy, a także Płocka, broniącego wejścia do stolicy od północy. Dolnej Wisły broniły skromne siły, bolszewicy mieli na tym odcinku ponad dwukrotną przewagę. Ponadto sowieckie wojska Gaj-Chana były dobrze wyszkolone i zahartowane w boju, a przedmościa płockiego bronili często słabo uzbrojeni ochotnicy. Wsparcie ze strony mobilnej, wyposażonej w działa i karabiny maszynowe flotylli mogło w znaczny sposób wspomóc obrońców. Dlatego też na odcinku Wyszogród-Nieszawa skierowano okręty, które także osłaniały barki zaopatrzeniowe i strzegły przepraw na rzece. Polska flota liczyła około dwudziestu jednostek, z których większość stanowiły uzbrojone motorówki.

Do pierwszego starcia doszło 14 sierpnia koło Góry Kalwarii, gdzie „Sobieski” powstrzymał próbujących się przeprawić czerwonoarmistów. Dzień później, w okolicy Bobrownik „Moniuszko” postanowił zaatakować rosyjskich kawalerzystów szykujących się do przeprawy. Brawura dowódcy nie opłaciła się. Bolszewicy, skryci w murach miejscowego zamku, celnie ostrzeliwali okręt kładąc trupem wielu marynarzy, w tym nieszczęsnego kapitana statku. W końcu „Moniuszko” poszedł na dno, a Sowieci przejęli holownik i barkę które przypłynęły na miejsce potyczki. Na wieść o wydarzeniach pod Bobrownikami, dowódca przebywającego w pobliżu „Neptuna”, błyskawicznie ruszył powstrzymać nieprzyjaciela przed desantem na lewy brzeg Wisły. Spieszeni marynarze powstrzymywali Rosjan przez kilka godzin ogniem karabinów maszynowych, do czasu przybycia posiłków. Niestety, wśród żołnierzy rozniosły się plotki, że Sowieci są już na drugim brzegu i załoga zatopiła „Neptuna”, wycofując się z pola bitwy. Dla dowódcy, ppor. mar. Stefan Jacynicz, miało to w przyszłości przykre konsekwencje, gdyż za bezpodstawne zatopienie okrętu stanął przed sądem wojennym.

Bitwa o Płock rozpoczęła się rankiem 17 sierpnia, kiedy w okolicach Dobrzynia „Stefan Batory” wraz z dwiema motorówkami ostrzelał zwiad kawaleryjski Rosjan, tego samego dnia dokonano też wypadu na Zakrzewo. Nazajutrz, por. mar. Nahorski podzielił flotę na dwie grupy, część patrolowała Dobrzyń, a część Wyszogród. Okręty atakowały wojska rosyjskie stojące na brzegu, z jednej strony utrudniając im przeprawę, z drugiej strony dając czas obrońcom Płocka na przygotowanie obrony. Następnie flota zawróciła ku miastu, jednak w trakcie przebijanie się wolniejszy „Stefan Batory” dostał się pod silny ogień przeciwnika. Okręt trafiony w burtę i komin okrył się kłębami dymu, mimo to dalej walczył. Dopiero kolejne dwa trafienia skłoniły załogę do ewakuacji. Ocaleli marynarze, przy pomocy motorówek, dopłynęli na lewy brzeg, gdzie razili zbliżających się z naprzeciwka bolszewików.

Tymczasem czerwonoarmiści rozbili oddziały polskie na przedpolu Płocka, wdarli się do miasta i zaczęli atakować flotyllę na Wiśle. Nieprzyjaciel szturmował również Włocławek. Wobec realnej groźby zajęcia portu, obawiając się odcięcia, porucznik Nahorski nakazał ewakuację do Wyszogrodu. Decyzja była tym bardziej uzasadniona, że polscy obrońcy zwarli się w starciu z bolszewikami, więc ostrzeliwanie pozycji było wykluczone. Ponadto na statkach kończył się węgiel i amunicja. Nad ranem 19 sierpnia flotylla odpłynęła do Wyszogrodu. Jednak w chwili gdy ostatnie okręty opuszczały miasto, ruszył polski kontratak. Po południu generał Osikowski odbił utracone dzielnice i wyrzucił bolszewików za Wisłę. Ofensywa kompletnie zaskoczyła Rosjan. Wojsko polskie ruszyło w pogoń za pierzchającą Armią Czerwoną na całym froncie. Polacy odnieśli wspaniałe zwycięstwo, a niepodległość została uratowana. Flotylla Wiślana kończyła swój krwawy i chwalebny szlak bojowy.

Fotografie z lat 1918-1921. Marynarze, ich okręty i port w Modlinie 

 

CZĘŚĆ II. Flotylle rzeczne w odrodzonej Polsce 1920-1939.


Z końcem wojny 1920 roku następuję dynamiczny rozwój flotylli. Dowództwo dba o jak najlepsze wyposażenie, prowadzone są prace nad nowoczesnymi konstrukcjami. W Pińsku tworzy się elita marynarska, duma Kresów II RP. Dyscyplina i przyjaźń łączy marynarzy nierozerwalnymi więzami. Gotowi do walki i świetnie wyszkoleni i oddani Polsce ponad wszystko – oto ich historia.

11 października 1920 roku utworzono Oddział Wydzielony Flotylli Wiślanej na Prypeci w Pińsku. W listopadzie miał już trzynaście motorówek uzbrojonych, zakupionych w Austrii i Czechosłowacji. Do czasu zawarcia pokoju ryskiego, w marcu 1921 roku, okręty pozostawały w gotowości bojowej, patrolując wody Prypeci, walcząc z dywersją, bandytyzmem i przemytem. Marynarze odławiali także wraki zatopionych statków. Dzięki ich staraniom, udało wydobyć się kilkadziesiąt jednostek, z których dużą część wyremontowano i włączono do służby we flocie. 1 stycznia 1922 roku powołano Flotyllę Pińską, a jej główną siłę bojową stanowiły opancerzone statki uzbrojone wyposażone w armaty 75mm, statek sztabowy oraz dwie grupy motorówek z działkami 37mm i karabinami maszynowymi na pokładzie. Tabor pomocniczy składał się z holownika, łodzi przewozowych, oraz kryp: transportowych, mieszkalnych, warsztatowych. W 1925 roku rozwiązano Flotyllę Wiślaną, a jej jednostki włączono w skład Flotylli Pińskiej. W 1931 roku zmieniono nazwę grupy na Flotyllę Rzeczną.

Pierwszymi dowódcami reaktywowanej flotylli byli kapitan marynarki Marian Wolbek, komandor porucznik Władysław Blinstrub. W 1927 roku nowym głównodowodzącym został komandor porucznik Witold Zajączkowski, wkrótce awansowany do stopnia komandora. Komandor Zajączkowski, nazwany przez marynarzy „Księciem Polesia” dowodził Flotyllą Pińską aż do wojny 1939 roku, wywierając olbrzymi wpływ na jej rozwój. Był to oficer nietuzinkowy, w pełni poświęcony wojennej żegludze rzecznej. Dla poleskich błot zrezygnował z intratnej propozycji studiów w renomowanej francuskiej szkole wojskowej L’Ecole de Guerre Navale. Jego pasja i zaangażowanie prowadziły do zwiększanie siły bojowej floty. „Książe Polesia” dążył do modernizacji floty i wyposażenia jej w najnowocześniejszy sprzęt. Istotną kwestią była też rozbudowa infrastruktury – portów, stoczni, zakładów. Do wybuchu II wojny światowej Pińskie Warsztaty Portowe zbudowały kilkadziesiąt okrętów i setki łodzi. W 1928 roku powstała stocznia rzeczna Państwowych Zakładów Inżynierii w Modlinie, gdzie projektowano innowacyjne konstrukcje. Przykładem polskiej myśli technicznej jest „Nieuchwytny” z 1934 roku, ciężki kuter uzbrojony, o długości 23 metrów, z działkami 40 i 37mm oraz karabinami maszynowymi. „Nieuchwytny” mógł płynąć z prędkością prawie 24 km/h, co w warunkach płytkich mokradeł Prypeci było świetnym wynikiem. Z kolei prawdziwym cudem techniki był ścigacz KU-30 wykonany z wyjątkowo lekkiego alupolonu, uzbrojony w dwa karabiny Hotchkissa o kalibrze 13,2 mm, w trakcie testów na Narwi w 1939 roku osiągnął prędkość aż 42 km/h, co wprawiło w zaskoczenie obserwatorów, którzy nie spodziewali się tak świetnych rezultatów.

 

„Nasze monitory rzeczne są dla wroga niebezpieczne!”

W maju 1922 roku przybyły pierwsze nowoczesne okręty, oddelegowane z Flotylli Wiślanej: monitory ORP Warszawa i ORP Mozyrz (przemianowany później na ORP Toruń). Monitory były największymi i najsilniejszymi statkami operującymi na rzekach. 35 metrowy kadłub musiał pomieścić 30-40 osobową załogę, mechanizmy napędowe, zbiorniki paliwa, amunicję i zaopatrzenie. W latach dwudziestych dostarczono jeszcze kolejne cztery monitory, o wyporności 110 ton: ORP Horodyszcze i ORP Pińsk, podobnie jak dwa poprzednie zbudowane w Gdańsku oraz ORP Kraków i ORP Wilno, o wyporności 70 ton, pierwsze wyprodukowane w wolnej Polsce, w krakowskiej stoczni Zieleniewskiego. Monitory gdańskie były uzbrojone w dwa działa 105mm, a po przebudowie w 1938 roku, w działa 75mm. Obronę przeciwlotniczą stanowiły karabiny maszynowe. Pancerz okrętu miał grubość do 14mm, później ulepszony, stał się cieńszy i lżejszy. Napęd stanowiły silniki o mocy 180KM, a potem 200 KM. Dzięki temu, monitory mogły płynąć z prędkością nawet 16 km/h. Zanurzenie wynosiło 80cm, czyli zbyt dużo jak na poleskie warunki, dlatego też montowano pływaki redukujące zanurzenie o 20cm. Monitory krakowskie miały dwa działa 75mm i haubicę 100mm oraz stanowiska c.k.m. Posiadały silniki 120 KM, dzięki którym mogły osiągnąć prędkość 14km/h. Ich opancerzenie nie przekraczało 8mm. Z czasem je zmodernizowano, wymieniając armaty 75mm a ciężkie haubice 100mm.

Oprócz sześciu pancerników rzecznych w Pińsku stacjonowały bocznokołowe statki uzbrojone. Wśród nich trzy największe o długości 40 metrów i wyposażone w działa 75mm: „Generał Szeptycki”, „Hetman Chodkiewicz” i „Admirał Dickmann”. Monitory przewyższały jednak statki uzbrojone pod każdym względem, w związku z tym przebudowywano je.  W 1931 roku do flotylli powrócił „Generał Sosnkowski”, który został przerobiony z torpedowca na okręt szpitalny. Z kolei „Generał Sikorski” i „Hetman Chodkiewicz” przystosowano do celów obrony przeciwlotniczej. Okrętem flagowym pozostawał „Admirał Sierpinek”, olbrzymia jednostka o wyporności 124 tony, mająca 45 metrów długości i 5 metrów szerokości.  Jego maszyna parowa o mocy 80KM rozpędzała statek do 13km/h. Załogę stanowiło 50 marynarzy. Flotyllę wspierały też kanonierki „Zaradna”, „Zuchwała” i „Zawzięta”, zbudowane na początku lat 30. w Pińsku. Miały 18 metrów długości i 30 ton wyporności, ich ochronę stanowiło opancerzenie oraz potężna haubica 100mm, działko 37mm i karabiny maszynowe. Okrętom asystowały kutry uzbrojone, czeskie, austriackie i pińskie, długie na 10 metrów, często z pancerną nadbudówką, wyposażone w działka 37mm i c.k.m. lub samą broń maszynową. W połowie lat trzydziestych zbudowano też trałowce, przeznaczone do stawiania i trałowania min (największy z nich, trzydziestometrowy trałowiec „Mątwa” mógł postawić nawet 160 min rzecznych) oraz holowniki, ślizgacze, barki transportowe i statek minowo-gazowy.

Komunikacja na bagnach Polesie była tradycyjnie utrudniona, dlatego komandor Zajączkowski od początku zabiegał o zwiad lotniczy dla flotylli. W 1928 roku z Pucka oddelegowano rzeczny pluton lotniczy, zwiększony pięć lat później do eskadry. Wodnosamoloty stanowiły oczy floty. Niestety, z końcem lat 30.  rozwiązano ją, z powodu zużycia sprzętu i braku funduszy.

 

„Marynarze na Pinie, czujni w każdej godzinie”

Główną bazą wojennej flotylli śródlądowej był Pińsk, położony na skrzyżowaniu ważnych szlaków lądowych i wodnych, był centrum administracyjno-gospodarczym Polesia i największym portem w regionie. W mieście istniało dowództwo, koszary, schrony, hangary, warsztaty, hale dokowe na zimowiska dla statków, hale konstrukcyjne i biura. W okolicy znajdowały się też składy paliwa i amunicji. Stąd do granicznej Nyrczy było tylko kilkanaście godzin drogi, dlatego też okoliczne mokradła miały kluczowe znaczenie. Z obawy przed szpiegami jeszcze w latach 20. wydano zakaz fotografowania portu. Ponadto wysyłano okręty na patrole, a manewry odbywały się w miejscach o szczególnym znaczeniu strategicznym. W porcie cumowało ponad sto jednostek wojskowych i transportowych, a we flotylli służyło od ponad tysiąca do dwóch tysięcy żołnierzy. Flotylla zajmowała się też pracami wodnymi, m.in. dbaniem o szlaki żeglugowe oraz poszerzaniem i pogłębianiem koryt rzecznych.

Kolorytu pińskiej społeczności dodawali marynarze. W maju rozpoczynały się ćwiczenia i okręty odpływały na ćwiczenia. Późną jesienią kończyły się manewry. Marynarze cumujący w lokalnym porcie, chętnie wychodzili na przepustki i wykorzystywali urlopy. Zimą życie flotylli przenosiło się na ląd. Statki remontowano, a załogi szkoliły się na kursach specjalistycznych.. Marynarze w wolnej chwili mogli pomodlić się w katedrze pińskiej. Ich patronką była Matka Boża Pińska, której obraz znajdował się w świątyni. Dowództwo dbało o rozwój kulturalno-sportowy żołnierzy. Popularny był teatr Marynarski. Garnizon bił nawet własną monetę zastępczą równą obowiązującej walucie. W mieście działał też Klub Sportowy „Kotwica”. Marynarze uczestniczyli w zawodach sportowo-obronnych, a także brali dział w regatach łodzi wiosłowych i żaglowych. Rywalizowano też w konkursach strzelniczych oraz w konkurencjach sygnalistów i telefonistów. Załogi mogły zaprezentować się podczas licznych uroczystości, np. Święta Morza, Dni Polesia, Jarmarku Poleskiego czy Święto Flotylli 3 lipca. To ostatnie święto miało szczególnie podniosły charakter w 1939 roku, kiedy po uroczystej defiladzie okręty od razu udały się na intensywne manewry w ostrym strzelaniu.

Udział marynarzy w uroczystościach patriotyczno-religijnych, państwowych i wojskowych, często przy współudziale mieszkańców Pińska i okolic, wywierał pozytywny wpływ na integrację lokalnej ludności i popularyzację wojska wśród cywilów. Ponadto przedstawiciele Flotylli Pińskiej angażowali się w działalność społeczną, co poprawiało wizerunek wojska polskiego wśród Poleszuków. Marynarze pińscy, pomimo momentami uciążliwej służby, niepogody, częstych problemów z aprowizacją i zakwaterowaniem, byli dumni ze swojej jednostki i czuli się wojskowo-żeglugową elitą.

Pińsk nieraz był przystankiem w drodze do dalszej kariery. Służba we flotylli stała się szkołą życia dla tysięcy marynarzy, podoficerów, oficerów i pracowników cywilnych, których przeznaczenie wysłało na bagna Polesia. Port zatrudniał też wielu pracowników cywilnych, głównie miejscowych, którzy mogli zdobyć specjalistyczne umiejętności. Doświadczenie zdobyte w Pińsku miało przydać się wielu żołnierzom i cywilom, gdyż nad Europę nadciągało straszliwe widmo kolejnej wojny.

 

Wojna nad Wisłą

Wczesną wiosną 1939 roku, na skutek agresywnej polityki Niemiec i otwartych żądań terytorialnych wobec Polski, polskie władze rozpoczęły przygotowania do wojny. Jednym z ogniw obrony państwa była ochrona szlaków żeglugowych, dlatego też już w marcu zmobilizowano Flotyllę Rzeczną. Podzielono ją także na dwa związki operacyjne: Oddział Wydzielony „Wisła” w Brdyujściu w Bydgoszczy, który miał bronić Polski od zachodu i Oddział Wydzielony „Prypeć” w Pińsku, który miał ochraniać wschodnie rubieże kraju. Flotą na wschodzie dowodził nadal komandor Zajączkowski, a flotą na zachodzie komandor Roman Kanafoyski. Z końcem sierpnia OW „Prypeć” był w gotowości bojowej. Okręty rozlokowano na odcinku 200km między Nyrczą, Mostami Wolańskimi, a Pińskiem. Główną siłę w rejonie granicy z ZSRR stanowiły monitory. Starannie zamaskowane przy brzegach, miały osłaniać najważniejsze przeprawy, mosty i węzły kolejowe. Kluczową kwestią była obrona szlaków Lwów-Wilno i Łuniniec-Sarny. Na Prypeci rozlokowano w sumie 6 monitorów, 3 kanonierki, 4 statki uzbrojone, 19 kutrów, 7 trałowców, statek minowo - gazowy oraz około 50 jednostek pomocniczych (krypy, statek szpitalny, holowniki, motorówki i ślizgacze), nie licząc pomniejszych. Z kolei OW „Wisła” dysponowała tylko 9 statkami, głównie kutrami uzbrojonymi. Miała jednak na stanie nowoczesne jednostki, jak „Nieuchwytny” lub KU-30. Załogę stanowiło 78 ludzi, w tym 3 oficerów. Jej głównym zadaniem była obrona przeciwlotnicza mostów, przepraw i obiektów hydrotechnicznych na Wiśle na odcinku Tczew – Modlin, a także wsparcie transportowe i łącznościowe dla wojsk lądowych. W lecie 1939 roku marynarze wiślani zwalczali też niemieckich szpiegów i dywersantów, którzy próbowali m.in. fotografować obiekty wojskowe i rozprzestrzeniali hitlerowską propagandę.

1 września marynarze otrzymali wiadomość o wybuchu wojny. Dzień przebiegł dość spokojnie, ograniczono się do patrolowania okolicy. Jednostki OW „Wisła” obserwowały niemiecki bombowce bombardujące Bydgoszcz, jednak nie mogły ostrzelać samolotów z powodu zbyt dużej wysokości lotu.

Nazajutrz marynarze na Wiśle przeszli swój chrzest bojowy. Przeżyli dwa silne naloty, zestrzeliwując trzy bombowce, które atakowały most na Fordonie w Bydgoszczy. Komandor Kanafoyski przewidując kolejne bombardowania, w nocy wycofał roztropnie okręty poza miasto. 3 września stał się najbardziej dramatycznym dniem dla flotylli. Na północy w Borach Tucholskich w krwawych bojach Niemcy rozbili Armię Pomorze. Część wycofujących się wojsk znalazła się w potrzasku. Flotylla ruszyła na pomoc w dół rzeki, by w okolicy Chełmna natknąć się na próbujących przeprawić się wpław kawalerzystów. Z ogromnym narażeniem życia, ostrzeliwani przez niemiecką artylerię, broń maszynową i samoloty, marynarze ratowali osaczonych żołnierzy, przeprawiając ich kutrami w bezpieczne miejsce. Dzięki poświęceniu załóg, ocalono około dwustu żołnierzy. Statki przeszły następnie do Torunia, gdzie  broniły mostu przed niemieckim lotnictwem, a także patrolowały okolice, utrudniając Niemcom przeprawę na drugi brzeg rzeki. W tym czasie niemieckie samoloty pojawiły się także nad Piną i Prypecią jednak ich ataki były nieskuteczne, a polska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła kilka bombowców.

Po tygodniu walk flotylla OW „Wisła” odpłynęła do Włocławka, jednak na skutek silnych bombardowań, presji ze stronnych niemieckich sił lądowych i chaosu organizacyjnego ostatecznie wycofała się w kierunku Twierdzy Modlin. Niestety z powodu upalnego lata stan wody w Wiśle był niski i większość okrętów nie była w stanie przepłynąć mielizn. Załogi zatopiły statki 10 września i przebijały się do polskich oddziałów na piechotę. Do Modlina zdołał dopłynąć tylko KU-30, gdzie uczestniczył w walkach aż do kapitulacji twierdzy. Z kolei w Pińsku dowództwo zdecydowało by pozostawić flotyllę na miejscu. Udzielenie pomocy było niemożliwe, z powodu zablokowania Wisły od strony Bugo-Narwi przez wojska niemieckie. Zniszczeniu uległy też szlaki kolejowe z Brześcia na zachód. Ponadto szykowano się do obrony Polesia. Pińscy marynarzy musieli także radzić sobie z nalotami oraz dywersją, zarówno ze strony niemieckich szpiegów, jak i miejscowych nacjonalistów i komunistów. Problem stanowiły też zdemoralizowane oddziały, które przybyły tu z zachodu, a także przypadki dezercji.

 

Grom ze Wschodu

Inwazja sowiecka 17 września spadła na pińskich marynarzy jak grom. Dowództwo nie wierzyło, że Rosjanie zaatakują Polskę od wschodu. Flotylla znalazła się w poważnym niebezpieczeństwie. Natychmiast rozpoczęto ewakuację okrętów spod granicy. Na Prypeci, tak samo jak na Wiśle tydzień wcześniej, z powodu niskiego stanu wód odwrót był często niemożliwy. Komandor Zajączkowski, z ciężkim sercem, rozkazał zatopić większe statki i udać się z bronią maszynową i zaopatrzeniem do Pińska. Tego dnia na dno poszedł okręt flagowy „Admirał Sierpinek” wraz z wieloma monitorami. Do 19 września załogi zniszczyły większość jednostek. Mimo wszystko, nie wszyscy oficerowie zastosowali się do rozkazu przełożonego, tocząc potyczki z nadchodzącym nieprzyjacielem.  19 września do Pińska weszły monitory „Wilno” i „Kraków”. Nastąpiły wzruszające chwile. Tłum entuzjastycznie witał marynarzy, a przy dźwiękach harmonii wspólnie odśpiewano hymn narodowy. Poruszeni dowódcy nie mogli jednak chronić mieszkańców. Nazajutrz rozpoczęła się ewakuacja. Sowieci wdzierali się już do miasta, gdy z portu wypłynęły ostatnie statki i wysadzono most na Pinie. Kolejnego dnia, na Kanale Królewskim pod Kuźliczynem, załogi zorientowały się że dalsza przeprawa jest niemożliwa, gdyż jedyną drogę odwrotu zablokował zerwany most. Zadecydowano o zatopieniu całej floty, na dno poszło tam 25 okrętów. Ogółem, w ciągu tych kilku tragicznych dni, żołnierze OW „Prypeć” zatopili około 150 jednostek, w tym 51 bojowych. Flotylla przestała istnieć. Marynarze kontynuowali odwrót pieszo, w razie możliwości zabierając ze sobą sprzęt zdemontowany ze statków. Część żołnierzy dołączyła do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” generała Klebeerga, inni znaleźli się w szeregach oddziałów Korpusu Ochrony Pogranicza generała Orlika-Ruckemanna. Niezależnie do której grupy trafili, dostali okazję by walczyć w obronie Rzeczpospolitej i wykazać się niespotykanym męstwem.

Marynarze którzy poszli do oddziałów KOP walczyli dzielnie pod Szackiem i Wytycznem. Niestety większość, z nich (prawie 200 osób) wpadła w ręce czerwonoarmistów pod Brześciem 26 września. Bolszewicy podzielili schwytaną grupę na szeregowych i oficerów. Następnie pognali oficerów w kierunku wsi Mokrany, gdzie rozstrzelali większość z nich. Nieliczni ocaleli trafili do obozów w ZSRR, gdzie cześć podzieliła smutno los kolegów, ponosząc podobną śmierć w Katyniu. Z kolei ci którzy trafili do SGO „Polesie”, 28 września utworzyli Zbiorczy Batalion Morski i Kompanię Marynarską. Oba oddziały walczyły z Sowietami pod Jabłoniem, a potem z Niemcami pod Kockiem. Marynarze wzięli udział m.in. w zwycięskim natarciu pod Wolą Gułowską, gdzie po krwawych walkach zdobyli strategicznie położony kościół i cmentarz. Skapitulowali dopiero z powodu braku amunicji i zaopatrzenia. Wielu żołnierzy, którzy uniknęli niewoli, kontynuowało partyzancką walkę z okupantem.

23 wrześnie pierwsze sowiecki statki wpłynęły do Pińska. Ich załogi utworzyły siły okupacyjne i zaczęły rabować port. Rosjanie także niezwłocznie rozpoczęli odławianie i remontowanie zatopionych kilka dni wcześniej przez Polaków okrętów. Bolszewikom udało się odzyskać większość sprzętu. Odnowione statki weszły w skład Floty Dnieprzańskiej, stacjonującej w Kijowie. Pod sowiecką banderą, wzięły udział w walkach z Niemcami w 1941 roku. Również Niemcy próbowali odbudować część zatopionych na Wiśle przez Polaków kutrów. Niemcom udało się wydobyć i wyremontować „Nieuchwytnego”, który później brał udział w ostrzeliwaniu powstańczej Warszawy w 1944 roku.

Powojenny los okrętów flotylli był zróżnicowany. Niektóre jednostki nadal pozostawały na służbie, inne wydobyto i zezłomowano. Jednak nawet dzisiaj, wybierając się na niedostępne bagna Prypeci można natknąć się na resztki wraków statków, które 80 lat temu pływały tam dumnie pod polską banderą.

 Fotografie z lat 1920-1939. Marynarze pińscy i ich okręty.

  Fotografie z lat 1920-1939. Marynarze pińscy i ich okręty.

 

Opracował Piotr Cierpucha

z Wydziału Komunikacji Społecznej

PGW Wody Polskie